Rybnik: historia upadku "Szuminy". Jeździł brawurowo, żył na krawędzi i przelicytował

Barbara Kubica-Kasperzec
Barbara Kubica-Kasperzec
Rafał S. wniósł o zmniejszenie wymiaru kary
Rafał S. wniósł o zmniejszenie wymiaru kary ARC
Udostępnij:
Żużlowiec Rafał S. był ulubieńcem kibiców w Rybniku. Kochano go, noszono na rękach. Dziś wielu dawnych fanów żużla domaga się dla niego najsurowszej kary. Były sportowiec spowodował wypadek po pijaku i niemal zabił młodą kobietę. Dziś S. chyba już ma świadomość, że przegrał swoje życie, a mógł być mistrzem...

Był ulubieńcem kibiców. Gdziekolwiek się nie pojawił, wywoływał zainteresowanie. Jedni mówili, że to na jego cześć przed laty na starym, betonowym przystanku przy ulicy Kotucza namalowano żużlowca, inni chwalili się kolegom, że w Imperium, popularnej niegdyś dyskotece postawili popularnemu żużlowcowi piwo. Taki zawsze był. Otwarty, wesoły i cholernie bezpośredni. I za to go kochano. No i za to, że kiedy na trzecim okrążeniu jechał na czele stawki, nawet jeśli rywale deptali mu po pietach, odwracał głowę w stronę kibiców i kiwał głową, machał im. A tłum skandował wówczas „Szu Szu Szumina”. Tak zresztą o nim mówiono: Wielki Szu! Żył dokładnie tak samo jak jeździł - na krawędzi, brawurowo, ryzykownie i z ułańską fantazją. Czasem zdarzało mu się „iść po bandzie”, ale dwa lata temu przelicytował...

Szumina pił z kolegą, mieszkał niedaleko, mógł iść pieszo...

Razem z kolegą popijał alkohol. Czystą, bo taką lubił najbardziej. Kiedy opróżnili butelkę, wsiadł do swojego volkswagena i choć był w pobliżu domu, to do niego nie pojechał. Ruszył w stronę centrum Rybnika. Na prostym odcinku ruchliwej ulicy Raciborskiej gnał dość szybko. Warunki były kiepskie. Wziął się za wyprzedzanie i choć minął już auto jadące bezpośrednio przed nim nie zjechał na swój pas ruchu. Dalej jechał lewym. I nagle tuż przed nim wyrosła mała, osobowa mazda. Za jej kółkiem siedziała Beata Lesniewska, młoda matka, wychowująca uroczą córeczkę, po którą po tygodniu pracy jechała do swoich rodziców do jednej z podraciborskich wsi. Uderzenie było tak silne, że prowadzący później rozprawę S. sędzia przez kilka minut wymieniał odczytując w akcie oskarżenia uszkodzenia ciała których doznała kobieta. Ta dosłownie uciekła śmierci spod kosy. Od wielu miesięcy, z trudem walczy o powrót do stosunkowo normalnego życia. Bo - jak podkreślali biegli - zdrowa nigdy już nie będzie.

Zobaczcie zdjęcia

Zaraz po wypadku S. zrobił dokładnie to samo, co zwykł robić na żużlowym torze, tuż po starcie... uciekł. Ale o ile na żużlu uciekał przed sportowymi rywalami, wtedy uciekał przed policją i konsekwencjami swojego czynu. Daleko nie uciekł. Kiedy zatrzymali go policjanci miał we krwi ponad 2 promile. „Wielki Szu” znowu w formie - mówiono potem na mieście.

Rafał S. prowadził rozrywkowy tryb życia

Alkohol był zawsze obecny w jego życiu. On sam mówił o tym w wywiadach.

- Cygarety sporadycznie, alkohol też bez ciągu. Kiedyś trochę mocniej wywijałem, ale żeby teraz jeden dzień pić i trzy chorować, to nie dla mnie. Inna sprawa, że żużel to bardzo ciężki sport. Czasami muszę wypić. Jedni się wieszają, a ja wolę się napić, żeby te emocje jakoś odreagować. Nie wiem, jak inni radzą sobie z przeciążeniami, bo wszystko skrywane jest pod płaszczykiem profesjonalizmu - wypalił podczas jednej z takich rozmów w 2017 roku

. Kibice żartowali, że kiedy S. wchodzi w wiraż i lekko kiwa mu się głowa, to impreza na pewno była... I o tym też mówiono w sądzie, kiedy S. po spowodowaniu wypadku zasiadł na ławie oskarżonych.

- Mój klient prowadził rozrywkowy tryb życia, nikt nie przeczy. Zdarzało mu się przyjechać na koniu na stację benzynową, bo o tym się tutaj mówiło, pił alkohol. Ale to nie jest zabronione prawda? Picie alkoholu nie jest przestępstwem. A mój klient przestępstwo popełnił tylko raz - argumentował jeden z obrońców S. w czasie pierwszej rozprawy odwoławczej w Sądzie Okręgowym w Rybniku.

Jesienią ubiegłego roku, ponad 1,5 roku po wypadku S. usłyszał bowiem wyrok w sprawie wypadku, który spowodował. 9 lat i 4 miesiące odsiadki, 50 tysięcy na rzecz poszkodowanej kobiety i dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów. Przyznał się do spowodowania wypadku. Na sądowej sali wielokrotnie , zawsze łamiącym się głosem, przepraszał poszkodowaną kobietę. Kiedy w rozprawach uczestniczył ojciec poszkodowanej kobiety, nigdy nie podnosił na niego wzroku, jakby bojąc się, co może się stać, gdy ich wzrok choć na sekundę się spotka. Ilekroć mowa była o obrażeniach kobiety, jej reakcji na jego przeprosiny zaciskał mocno złączone dłonie, przymykał oczy. - Chciałbym jeszcze raz z całego serca przeprosić panią poszkodowaną. Po wyjściu z więzienia zrobię wszystko, by mi wybaczyła. Nie wrócę nikomu zdrowia, ale zrozumiałem swój błąd. Nikomu nie życzę, by na tyle lat miał trafić do zakładu karnego - mówił w sądzie w miniony poniedziałek, proszą sąd o złagodzenie wyroku sądu pierwszej instancji.

Żużlowiec wie, że przegrał życie

W sądzie ma minę człowieka, który już uświadomił sobie, że przegrał swoje życie. Bo jeszcze kilka lat temu Rafał S. był wielką gwiazdą. Wróżono mu karierę na miarę mistrzów świata. Był ozdobą każdych żużlowych zawodów, na których się pojawiał, a lokalny zespół Beboki lata temu nagrał nawet o nim piosenkę. Sympatycy żużla jeździli za nim na zawody po całym kraju. Wszędzie widać było prześcieradła z wielkim napisem „Szumina”. Był krnąbrny, niepokorny. Na tyle, że trener Jan Grabowski, słynny wychowawca żużlowych, rybnickich talentów musiał odstawić go od składu, bo miał marne oceny w szkole. Zawieszenie nie trwało długo, bo S. był potrzebny drużynie. Tak samo argumentowano szybkie anulowanie zawieszenia, kiedy wdał się w bójkę z kolegą z drużyny, albo kiedy wypalił do trenera w czasie konferencji prasowej, że jest „miękkim ... robiony” .Kiedy po awansie do najwyższej klasy rozgrywkowej świętował, musiał do spółki z kolegą ogłoszenie w prasie wykupić i przepraszać za zdemolowanie jednego z rybnickich lokali. Potem, kiedy działaczom z Rybnika podpadł na dobre, a przygoda w innym klubie się nie udała, wyjechał za pracą do Niemiec.

Ulubieniec prezesów

Niczym z kapelusza po miesiącach niebytu wyciągnął go potem z roboty na zachodzie Marian Maślanka, prezes Włókniarza Częstochowa. Miał tylko trenować i prowadzić sportowy tryb życia. Po miesiącu ostrych treningów podobno błagał, by pozwolono mu odejść. Ale tak jak kochali go kibice w Rybniku, tak szybko pokochali go kibice w Częstochowie. Tam stał się ulubieńcem właściciela klubu, człowieka, który został potem oskarżony o kierowanie mafią paliwową. Mówi się, że po udanym meczu S. dostawał od szefa „kanapki” czyli sterty pieniędzy wyciągane z małej walizeczki z którą ówczesny prezes z Częstochowy się nie rozstawał.

W 2016 roku działacze z Rybnika znów przypomnieli sobie o S. Dosłownie „wyciągnęli go z lasu” bo S. pracował wówczas przy wyrębie drzewa. A ten w pierwszym swoim wyścigu po długiej przerwie znów oczarował wszystkich bezceremonialnie mijając mistrza świata. I znów na wirażu machał i kiwał do kibiców.

Przeżywał jednak swoje. Nie był już luzakiem, któremu wszystko jest obojętne. Każdy mecz, każdy wyjazd na tor, kosztował go sporo nerwów. On sam zresztą głośno mówił o napadach lęku przed meczami.

- Musiałbym być idiotą, żeby powiedzieć, że wyjeżdżam na tor i nie czuję strachu. Takim kozakiem to ja nie jestem - mówił w wywiadzie.

O tym wszystkim - o lęku, stresie, presji kibiców mówiono też w sądzie. Mówiono także o każdym wypadku na torze, które kosztowały żużlowca sporo zdrowia. - Rafał S. jest ofiarą żużla - padło nawet takie stwierdzenie. Ofiarą jego jest jednak młoda kobieta, pani Beata, jej córeczka, rodzice, rodzeństwo. I ofiarą jest także wspierająca S. od początku procesu jego żona. Kobieta, która nadal roni łzę, kiedy S. po raz kolejny przeprasza za to, co zrobił. W tej historii ofiar jest więcej i nie wszystkie jechały feralną mazdą.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

J. Parys: Zajęcie statków przez władze Doniecka to rodzaj odwetu

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie