MKTG NaM - pasek na kartach artykułów

To już rok wojny na Ukrainie. Ivanka na froncie straciła brata. Olena wciąż drży o życie męża, zawodowego żołnierza w Charkowie

Barbara Kubica-Kasperzec
Barbara Kubica-Kasperzec
Rok od wybuchu wojny za naszą wschodnią granicą. Rok ludzkich dramatów, bombardowań, cierpienia. Na Śląsku, w Rybniku, Gliwicach, Katowicach, wielu Ukraińców znalazło dach nad głową, schronienie, odzyskało spokój. Jak bardzo zmieniło się ich życie w ciągu tego roku? - Nie mamy plany B. Wiemy co z nami będzie, jak przestaniemy walczyć - mówi nam jedna z mieszkających w Żorach Ukrainek.

Było wcześnie rano. 24 lutego 2022 roku. Może około 5 rano, może 6… Olenę ze snu wyrwał dzwonek telefonu. Dzwonił jej mąż. Zawodowy żołnierz pracujący w pobliskiej jednostce. Powiedział tylko kilka zdań. - Żebym spokojnie zebrała dokumenty, najważniejsze drobiazgi i poszła do domu mojej mamy, mieszkała o pół godziny drogi od naszego mieszkania – mówi Olena Martynenko. On już wiedział, że dzieje się coś złego. Wojna stała się faktem, a rosyjskie bomby zaczęły już spadać na ukraińskie miasta i wsie. W oddali słuchać było syreny, odgłosy wybuchów. Wojna w której agresorem była Rosja stała się faktem.

Mija rok od wybuchu wojny. Nie oszczędzają nikogo

W kolejnych miesiącach byliśmy świadkami niewyobrażalnej tragedii całego narodu. Widzieliśmy bombardowane szkoły, w piwnicach których ukrywali się uczniowie podstawówki. Wiedzieliśmy matki płaczące nad grobami swoich synów i córek. Widzieliśmy ewakuację szpitala i dzieci przychodzące na świat w bunkrach. Widzieliśmy ogrom zła, agresji. I choć od dnia, kiedy to się zaczęło minął już rok, te dramatyczne obrazki wciąż nam towarzyszą. I nic nie wskazuje na to, by dramat narodu ukraińskiego miał się w końcu skończyć.

Kliknij TUTAJ, by zobaczyć zdjęcia.

Olena przyjechała do Polski 9 marca 2022 roku. Zostawiła swoje uporządkowane, fajne życie w Charkowie, spakowała kota do transportera, dobytek życia do jednej walizki i dwóch plecaków i z nastoletnimi dziećmi ruszyła do Polski. - Myślałam, że jedziemy na miesiąc, na krótko. Ale musieliśmy wyjechać. Mąż był czas czas w jednostce. On zamartwiał się o nas, my cały czas o niego. W końcu powiedział: już czas, jedź, zabierz dzieci z dala od tego. Inaczej nie dam rady służyć ojczyźnie – wspomina pani Olena.

Ewakuacja do Polski. Kiedy powiedziano jej Rybnik...zobaczyła piękne obrazki znad zalewu

Jej mama została w domu, podobnie jak siostra. Wyjechały dopiero wtedy, kiedy w Charkowie zrobiło się naprawdę gorąco, ale nie do Polski do Rumunii. - Po przekroczeniu granicy z Polską zobaczyłam setki wolontariuszy. Jedni dawali nam jedzenie, inni picie, jeszcze ktoś pokazywał, że mamy sobie zabrać środki higieny. Po kilku godzinach pobytu na granicy wsiedliśmy do pociągu jadącego do Krakowa. Ale nie chcieliśmy jechać do tak dużego miasta, chociaż wszyscy mówili, że jest piękne. Ale wiedzieliśmy, że jest tam już mnóstwo naszych – mówi pani Olena. W Krakowie ktoś powiedział jej o Katowicach. Spodobała jej się nazwa, więc pojechali do stolicy śląskiego. - Tutaj na dworcu znów to samo. Każdy wyciągał pomocną dłoń. Spędziłam wraz z Ivanem i Aleksandrą kilka godzin w kawiarni na dworcu, po czym poznaliśmy starszego pana, Ukraińca, który pracował przez kilka lat w Polsce. Powiedział nam: jeźdźcie do Rybnika, to piękne miasto – wspomina Ukrainka.

Po kilku minutach serfowania w sieci zobaczyli obrazki z Rybnika. I zalew i elektrownię i Bazylikę. Spodobało im się. Znaleźli busa i tak wylądowali w mieście, na hali sportowej wraz z grupą 20 innych osób. - Nie zostaliśmy tam długo. Po kilku dniach znalazła się rodzina, która na kolejne cztery miesiące udostępniła im swoje małe mieszkanie. - Przez cały czas byłam spokojna. W głowie ciągle kołatały mi różne myśli. I na granicy i potem w drodze i wreszcie kiedy już wylądowaliśmy w Rybniku. Ale chyba byłam przekonana, że jeśli ja będę spokojna, ten spokój udzieli się także moim dzieciom. A przecież po to do Polski jechaliśmy, by znaleźć spokój i by zapewnić go mojemu mężowi – mówi Olena.

Ona pracuje, dzieci się uczą. Ale strach o męża wciąż jej towarzyszą

W Rybniku mieszka już od blisko roku. W tym czasie trzy razy była na Ukrainie, u męża. Zobaczyła zniszczone domu, osiedla, zbombardowane budynki. W jej małym mieszkanku też nie ma szyb, mąż dostał przydział na inny lokal. Ale wniósł tylko ich rzeczy w kartonach do tego mieszkania i tak je zostawił. Od roku leżą nietknięte. On jest bohaterem, obrońcą ojczyzny, bardzo blisko frontu. Na przyziemne rzeczy nie ma czasu, tylko tęskni…- A ja po każdej wizycie potrzebowałam po powrocie do Polski czasu, żeby znów się zaaklimatyzować – mówi Olena. Jest jej ciężko. Mimo że ma mieszkanie, pracę, dzieci zawiązały przyjaźnie, chodzą do szkoły, a ona otoczona jest przyjaznymi ludźmi. W krótkim czasie opanowała język, jest psychologiem, pracuje w zawodzie, pomaga swoim rodakom. Ale jej myśli ciągle są w Charkowie…

Olena podobnie jak wielu jej rodaków myślało, że do Polski, Niemiec czy Rumunii uciekają na krótko. Miesiąc, może dwa. Wojsko odeprze Rosjan i znów ich życie wróci do normy. Ale w obliczu zbrodni wojennych, bólu, wszechobecnej śmierci dziś już wiedzą, że jeszcze długa droga do powrotu do domów przed nimi. - Nawet kiedy to się skończy, kiedy wyrzucimy Rosjan daleko, to tam i tak nie będzie bezpiecznie. Miną lata zanim my się odbudujemy, urządzimy na nowo w swoich miastach, domach. Być może moje dzieci zostaną tu, skończą szkoły, pójdą na studia. Ja chcę wrócić. Bardzo – dodaje Ukrainka.

Ivanka: Nie mamy planu B, wiemy co będziemy jak przestaniemy walczyć

- My wygramy. Nie jesteśmy biedni, słabi – mówiła nam 12 miesięcy temu z ogromną pewnością w głoście Ivanka Kolisnyk . Od kilku lat mieszka w Żorach, pracuje, żyje u nas. Udzielała się w 28 Dzielnicy w Rybniku – organizacji skupiającej Ukraińców w Polsce. Zawsze uśmiechnięta, kobieta – wulkan. Dziś, gdy po kilku miesiącach od ostatniej rozmowy znów wymieniamy kilka zdań, Ivanka ma oczy mokre od łez. - My nie mamy planu B. Możemy tylko walczyć, choć jesteśmy już bardzo zmęczeni. Straciliśmy tyle osób… - łka w czasie rozmowy. On o tym co to strata przekonała się już w czasie tych 12 miesięcy nie raz, nie dwa. Pożegnała wielu sąsiadów, przyjaciół ze szkolnej ławy, kolegów, ukochanego, zaledwie 32-letniego brata. - To był wyjątkowo ciężki dla mnie rok. Dla nas wszystkich, Ukraińców. Pod koniec roku na froncie, pod Donieckiem zginął mój brat. Straciłam kolegów, którzy siedzieli ze mną w szkolnej ławce. We wsi moich rodziców nie ma anie jednego mężczyzny w wieku od 16 do 60 lat. Jedna sąsiadka straciła męża, inna od pół roku nie ma wieści o swoim mężu, jedna ma partnera w rosyjskiej niewoli… - mówi Ivanka. - Kiedyś byłam pewna, że wygramy, że to się musi skończyć. Teraz? … Za dużo ludzi straciłam – dodaje.

Ona, prawdziwa fajterka, dziś nie kryje emocji. I obaw. A jeszcze rok temu, kiedy wojna się zaczęła do swojej miejscowości, do Winnicy, gdzie ma dom, pojechała wysłużonym peugeotem po dzieci. Przedzierała się na Ukrainę w chwili, gdy wszyscy jej rodacy przed piekłem wojny uciekali. Jechała kilkadziesiąt godzin bez przerwy, by do Polski przywieźć swoje dzieci. - Ponad pól roku temu moje dzieci wróciła na Ukrainę, są z moimi rodzicami. Ta okolica jest dość spokojna. Owszem są alarmy bombowe, brakuje godzinami prądu, innych rzeczy, ale tam jest nasz dom. Moi rodzice nie chcieli przyjechać do Polski, więc moje dzieci są teraz u nich. Uczą się – mówi nam Ivanka. Ona jeżdżąc po całej Europie wraz z mężem tirami zarabia na życie, na całą rodzinę. - Kiedy tylko mam wolne jeżdżę do domu, do dzieci. Byłam tam na święta, teraz na początku lutego, na dwa tygodnie – mówi Ivanka.

Ale tam też nie jest normalnie. Bywa, że przez kilkanaście godzin na dobę nie ma prądu. - Ludzie starają się żyć, płacić podatki, żeby można było ten kraj po wojnie postawić na nogi. Fryzjerki wiedząc, że może przez cały dzień po porannych ostrzałach nie być prądu, to umawiają swoje klientki na godzinę 5 rano. Bo wtedy prąd jest. Ja też będąc tam wstawałam w środku nocy, żeby dzieciom przygotować posiłki na cały dzień, ugotować obiad, bo w ciągu dnia nie byłoby prądu – mówi Ivanka.

Alarm bombowy i dzieci godzinami siedzą w schronie pod szkołą

Jej dzieciaki – Krysia i Sola, uczą się w systemie hybrydowym. - Przez tydzień chodzą do szkoły, przez tydzień uczą się przed komputerem. Ale jaki to ma sens, jak czasem trzy razy w ciągu dnia są alarmy bombowe i dzieci z całej szkoły schodzą do schronów. Siedzi tam w ciasnym pomieszczaniu kilkaset dzieci przez dwie czy trzy godziny. Emocje kotłują, krążą, jest płacz – mówi. Do jej Winnicy przeprowadziło się wielu mieszkańców wschodniej Ukrainy. Poprzenosili swoje interesy, zakłady produkcyjne. Starają się normalnie żyć, choć wielu jest już na wykończeniu. - My wiemy co było w Buczy, Irpieniu. Wiemy, że jeśli przestaniemy walczyć, to to samo będzie w całej Ukrainie. Nie mamy planu B. Możemy tylko walczyć – mówi Ivanka. - Przed swoim domem, tam w Winnicy posadziłam kiedyś róże. Kupiłam je w internecie, przyjechały z Mariupola. Te róże zaraz będą kwitły, będę piękne, a tego miasta – Mariupola już nie ma – mówi z łzami w oczach.

To już rok wojny na Ukrainie. Ivanka na froncie straciła bra...

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Katastrofa śmigłowca z prezydentem Iranu. Co dalej z tym krajem?

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na rybnik.naszemiasto.pl Nasze Miasto