Lokale gastronomiczne otwierają się, bo walczą o przetrwanie. Ale nie wszystkie omijają prawo. "Przedsiębiorcy stracili zaufanie do państwa"

Aleksander Król
Aleksander Król
Jedni otwierają lokale walcząc o przetrwanie, inni są zamknięci bo nie chcą walczyć z systemem. "Obywatele stracili zaufanie do Państwa" Zdjęcia z otwarcia Żółtego Młynka w Rybniku Aleksander Król
Rybnik. Katowice. Otwierają się kolejne restauracje, rozpoczynając samodzielną, pozbawioną pomocy ze strony państwa walkę o przetrwanie. Inne pozostają zamknięte na cztery spusty, a ich właściciele albo wciąż liczą na pomoc państwa, albo po prostu nie chcą łamać już nawet nie litery prawa, ale ducha prawa i obostrzeń wprowadzonych w związku z epidemią. Mamy więc do czynienia z falandyzacją prawa, gdzie każdy interpretuje przepisy i wybiera te, które bardziej mu pasują. - Obserwujemy legislacyjny chaos i deptanie procedur. Obywatele, w tym przedsiębiorcy, stracili zaufanie do państwa. A jeśli nie mamy zaufania do państwa, nie będziemy szanować ustanawianego przez nie prawa – mówi dr hab. Michał Kaczmarczyk z Wyższej Szkoły Humanitas w Sosnowcu.

Lokale gastronomiczne otwierają się walcząc o przetrwanie, inne nie chcą walczyć z systemem. "Przedsiębiorcy stracili zaufanie do państwa"

W poniedziałek, 1 marca otworzyła się pierwsza restauracja z legendarnej Mariackiej, słynącego z knajp, klubów i restauracji katowickiego deptaka. Właściciel Zdrowej Krowy, bo o niej mowa, wcale nie walczy z systemem, ale - jak mówi - wyjścia nie ma.

- Nie chcemy walczyć z rządem, po prostu nie mamy wyjścia – mówił Mariusz Dziadowicz w rozmowie z Dziennikiem Zachodnim, dodając, że zwlekali z decyzją o otwarciu, bo czekali na pomoc z rządu, ale ta okazała się znikoma. Przyznaje, że liczy się nawet karami, ale jak wyjaśnia - gastronomia jest tak pokrzywdzona, że musi w końcu otworzyć . - I pokazać, że też istniejemy w tym państwie, że płacimy podatki i należy nas zauważyć – mówi.

Natalia Sobiech, właścicielka klubokawiarni Żółty Młynek w Rybniku (przy ul. Św. Jana), otworzyła lokal 12 lutego. Już pierwszego dnia zapukała do nich policja i sanepid, choć wizyta szybko się skończyła, bo - jak przyznały przygotowanym na taką ewentualność właścicielom panie inspektorki z sanepidu- nie była to kontrola żywności, a każda inna musi być zapowiedziana. Ale na tej jednej kontroli się nie skończyło. Otwartym lokalem zainteresowała się później też Izba Celno-Skarbowa. Kontrolowano kasy fiskalne i na szczęście dla właścicieli skończyło się na upomnieniu.

Czy opłaciło się otworzyć mimo zakazów, narażając się na nieprzyjemności – zarówno te ze strony kontrolujących instytucji, jak i mieszkańców? Wszak nie wszystkim podoba się to, że właściciele otwierają swoje interesy w pandemii. Czy nie żałujecie, że ruszyliście wbrew wszystkiemu? – dopytujemy właścicieli Żółtego Młynka.

- Jeśli chodzi o finanse to nie żałujemy. Na starcie było dużo osób, teraz wszystko wróciło do normalności. Tłumów nie ma, ale przynajmniej opłacić możemy bieżące rachunki, choć na zaległości nie wystarcza – mówi nam Natalia Sobiech, właścicielka Klubokawiarni Żółty Młynek.

Ale finanse to nie wszystko.

- Na razie nie żałujemy. Nie dostaliśmy kary. Pod względem finansowym nie jest źle, choć zachwycająco też nie jest. Ale przyznaję, nie śpimy już spokojnie, a raczej na szpilkach. Na każdy telefon podrywamy się, by myślimy, że do kawiarni przyszła policja albo sanepid. To nas bardzo męczy psychicznie – przyznaje Natalia Sobiech.

Dodaje, że nerwy wynagradzają im słowa klientów, którzy przychodząc, dziękują im za to, że się otwarli, że dali im namiastkę normalności.

- Przychodzi do nas jedna pani, która przyznaje, że bardzo cierpiała z powodu braku kontaktu z innymi ludźmi, że dotąd otaczała się innymi, a nagle wszystko się skończyło. Z tego powodu miała problemy z psychiką. U nas w końcu znalazła to, czego jej brakuje. I to nas motywuje – mówi Natalia Sobiech.

Jednocześnie przyznaje, że mieli też telefony z pogróżkami, gdy otworzyli. Właściciele lokali, którzy decydują się na otwarcie, narażają się też na hejt w internecie, słyszą, że otwierając, narażają innych na zakażenia, choć raczej większość internautów im kibicuje.

Nie wszystkim pasuje rola buntowników

Jednak nie wszystkim restauratorom i właścicielom pubów pasuje rola buntowników. Nie wszyscy chcą łamać – jeśli już nie literę prawa, bo jego stanowienie – jak zauważają wspierani przez polityków buntujący się przedsiębiorcy, budzi wątpliwości - to przynajmniej ducha prawa, zasady wprowadzane na czas epidemii, z którą nikt sobie nie radzi.

Ludmiła Student, właścicielka Kulturalnego Clubu w Rybniku, przyznaje, że nie otworzyła lokalu, bo nie chciała walczyć z rządzącymi.

- Nie otworzyłam, bo nie chciałam przeciwstawiać się i łamać wprowadzonych zasad, choć to nie jest proste.
Wydaje mi się, że powinno zostać wprowadzone rozgraniczenie, bo czym innym jest pub, restauracja i dyskoteka. O ile w przypadku dyskoteki, gdzie ludzie tańczą i na siebie chuchają, trudniej zachować reżim sanitarnym, w przypadku pubu, taki jak nasz, nie ma z tym problemu. Spokojnie można zachować wszelkie procedury, dystanse 2 metrów między szerokimi stołami, obsługa za barem… Przetestowaliśmy to już w ubiegłoroczne lato. W wakacje mieliśmy ogródki, działające z zachowaniem reżimu – mówi Ludmiła Student, dodając, że to działało i było bezpieczne.

Dlatego teraz – tak jak co roku – złożyła wniosek do rybnickiego magistratu o zajęcie kawałka płyty rynku, pod ogródek letni, mając nadzieję, że będzie możliwe go w ogóle otworzyć. Jeśli się uda – urzędnicy z Rybnika, próbując pomóc restauratorom, zdecydowali się na obniżenie kwoty czynszu - do 1 złotówki za metr kwadratowy powierzchni ogródka na rynku.

Ludmiła Student ma nadzieję, że będzie mogła na wiosnę zaprosić klientów do ogródka KC, by mieć jakiekolwiek przychody – puby z reguły nie prowadzą działalności na wynos, no bo i jak?

- Dopiero w zeszłym tygodniu dostaliśmy rządową pomoc, a jesteśmy zamknięci od października. Już bałam się , że pracownicy odejdą – mówi Student.

I nigdy nie kusiło jej, by – tak jak niektórzy – iść pod prąd, dogadując się z jakąś polityczną grupą reprezentującą strajkujących, mimo wszystko otworzyć – dopytujemy?

- Oczywiście, że to rozważałam. Przyznaję, że kontaktowałam się nawet z Romanem Fritzem z Konfederacji, która pomaga przedsiębiorcom w lockdownie, ale zrezygnowałam. Także dlatego, że tym, którzy się przeciwstawią mogą odebrać wcześniejsze pomoce finansowe, a wówczas byłoby po nas. Nie mogę ryzykować – mówi Ludmiła Student.

Falandyzacja prawa. Nikt w Polsce nie szanuje już prawa

Obecnie mamy do czynienia w Polsce z falandyzacją prawa, gdzie zarówno rządzący, jak i rządzeni, interpretują przepisy i wybierają te, które bardziej im pasują.

Prof. WSH dr hab. Michał Kaczmarczyk, rektor Instytutu Nauk Prawnych Wyższej Szkoły Humanitas w Sosnowcu, przyznaje, że obserwujemy legislacyjny chaos, przez co nikt nie ma już szacunku do prawa.

- Jeśli władza wprowadza obostrzenia, które w sposób oczywisty naruszają prawo i są niekonstytucyjne, trudno się dziwić przedsiębiorcom, że szukają sposobów, by te obostrzenia omijać. Mało kto ma dziś poczucie, że kolejne decyzje rządu podejmowane w ramach walki z pandemią są przemyślane, racjonalne i zgodne z przepisami. Przeciwnie, obserwujemy legislacyjny chaos i deptanie procedur. Obywatele, w tym przedsiębiorcy, stracili zaufanie do państwa. A jeśli nie mamy zaufania do państwa, nie będziemy szanować ustanawianego przez nie prawa – mówi dr hab. Michał Kaczmarczyk.

Dodaje, że w Polsce wystąpił stan nadzwyczajny, organy władzy działają zgodnie z logiką zdarzeń wynikającą z warunków klęski żywiołowej, ale bez formalnego wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, a zatem wbrew obowiązującemu porządkowi prawnemu.

- Do tego zakazy prowadzenia działalności gospodarczej są ustanawiane w rozporządzeniach, a nie w ustawie, jak nakazuje Konstytucja - mówi.

To jawne lekceważenie prawa przez władzę. A kto sieje wiatr, ten zbiera burze – mówi.

Dodaje, że przedsiębiorców branży gastronomicznej pozostawiono bez realnej pomocy.

- Państwo zamknęło ludziom firmy, odbierając tysiącom Polaków możliwość zarobkowania i nie dało niczego w zamian. Do tego nikt nie tłumaczy restauratorom, dlaczego ich lokale muszą być zamknięte, skoro otwarte są galerie handlowe, kasyna, kościoły czy hotele.W działaniach rządu brak elementarnej logiki i konsekwencji, brak też komunikacji i konsultacji. Władza działa jak monarcha absolutny, metodą faktów dokonanych, uznając, że posiada monopol na rację – mówi Michał Kaczmarczyk.

Dodaje, że w tych okolicznościach rozumie bunt przedsiębiorców, którzy walczą o przetrwanie.

- Łamanie obostrzeń antycovidowych to nie ich odpowiedzialność. To odpowiedzialność rządzących – dodaje.

Rekord upadłości w 2021 roku

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie