Ustalanie treści deklaracji polskich hierarchów kościelnych trwało wczoraj do późnych godzin wieczornych. Dziś w Częstochowie Konferencja Episkopatu Polski ma ogłosić ostateczną wersję dokumentu, ściśle związanego z obchodami 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Deklaracja, której treść redagowana jest do ostatniej chwili, ma nawiązywać do listu biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku. Zawierający słynne już stwierdzenie "Wybaczmy i prosimy o wybaczenie" dokument utorował wtedy drogę do pojednania polsko-niemieckiego.

- To było pionierskie, ale i arcytrudne posunięcie polityczne, wbrew opinii publicznej i władzom komunistycznym w Polsce, a do tego całkowicie zignorowane w samych Niemczech - mówi naszej gazecie Andrzej Wielowieyski, były eurodeputowany i prezes Klubu Inteligencji Katolickiej.

Ogłaszana dziś deklaracja nie ma raczej szans, by dorównać tamtemu listowi.

Jednak sam fakt, że do %07opublikowania takiego dokumentu dochodzi na kilka dni przed 70. rocznicą wybuchu II wojny światowej potwierdza wcześniejsze nasze ustalenia. Już na początku czerwca pisaliśmy, że wspólna komisja episkopatów Polski i Niemiec pracuje nad stosownym listem. Miał on być apelem o niemieszanie burzliwej historii obu krajów do bieżącej walki politycznej. Była to inicjatywa polskiego Kościoła.

Chodziło o reakcję na wykorzystywanie w niemieckiej kampanii wyborczej do europarlamentu sprawy powojennych wypędzeń Niemców z obecnych ziem polskich.

Inicjatywa polska została chłodno przyjęta w Niemczech, bo członkowie ziomkostw to żelazny elektorat chadeckiej partii CDU i jej siostrzanej CSU z tradycyjnie katolickiej Bawarii.

Los wspólnej deklaracji, której domagali się polscy biskupi, ważył się jeszcze kilka tygodni temu. Pod koniec lipca episkopat ogłosił, że opracowanie wspólnego dokumentu będzie bardzo trudne w tak krótkim czasie, jaki pozostał do 1 września. Zamiast wspólnej deklaracji miała być wspólna modlitwa biskupów z Polski i Niemiec w Berlinie.

Nawet ranga tego wydarzenia była stosunkowo niewielka, bo modlić mieli się tylko członkowie komisji stałej episkopatów Polski i Niemiec, w której oba kraje mają po czterech członków.

Dopiero kilka dni temu okazało się, że prace nad deklaracją trwają i że dokument ma zostać ogłoszony dziś. Z informacji, jakie udało się uzyskać wczoraj, wiadomo, że nie będzie w nim mowy ani o wypędzeniach, ani o działalności szefowej Związku Wypędzonych Eriki Steinbach.

Kampania do Parlamentu Europejskiego, która w czerwcu blokowała całą inicjatywę, zamieniła się w znacznie obecnie ważniejszą dla Niemców kampanię wyborczą do Bundestagu, która właśnie rozpoczęła się za Odrą. Podnoszenie gorącego politycznie tematu wypędzeń przez hierarchów niemieckich może mieć wpływ na wynik wyborów.

Chadecy, w których władzach zasiada także Erika Steinbach, prowadzą na razie w sondażach, ale lewica może łatwo wykorzystać wystąpienie Kościoła katolickiego do montowania zarzutów o mieszanie się kleru w politykę.

Sytuację komplikuje także fakt, że postawa biskupów niemieckich wobec działalności Eriki Steinbach nie jest jednoznaczna. Oficjalnie episkopat Niemiec popiera sam pomysł deklaracji, ale nie od dziś wiadomo, że część hierarchów otwarcie popiera ideę budowy Centrum Wypędzonych, która tak oburza opinię publiczną w Polsce.

Czy deklaracja ta może rozładować napięcie wokół Centrum Wypędzonych?

- Trzeba tę inicjatywę podjąć, nawet jeśli jesteśmy słabsi politycznie, gospodarczo i społecznie, bo to da nam poczucie wartości i pewności siebie w stosunkach z Niemcami, które pozwoli nam nie przejmować się pretensjami potomków wypędzonych - mówi Andrzej Wielowieyski.

Niezależnie od tego, jakie treści ostatecznie znajdą się w deklaracji, która zostanie ogłoszona dziś w Częstochowie, czarne chmury zbierają się także nad samymi obchodami rocznicy wybuchu II wojny światowej.

Mimo starań władz polskich, by nadać tej imprezie wyjątkową i ogólnoeuropejską rangę, delegacje na najwyższym szczeblu wystawiły tylko delegacje krajów, które w 1939 roku najechały Polskę, czyli Niemiec i Rosji.

Obecność na Westerplatte potwierdzili już za to m.in. kanclerz Niemiec Angela Merkel oraz premier Rosji Władimir Putin. Pojawi się także premier Włoch Silvio Berlusconi. Zabraknie natomiast szefów rządów państw, z którymi Polska miała w 1939 roku podpisane sojusze wojskowe, a mimo to po niemieckiej agresji nie doczekaliśmy się od nich wsparcia militarnego.

1 września w Gdańsku nie stawią się szefowie rządów dawnych krajów sojuszniczych, czyli Francji i Wielkiej Brytanii. Te państwa będą reprezentowane jedynie przez ministrów spraw zagranicznych.

Andrzej Przewoźnik, pełnomocnik ministra kultury ds. przygotowania obchodów rocznicy wybuchu wojny oraz sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, był wczoraj podczas konferencji w Gdańsku wyraźnie zmieszany koniecznością odpowiedzi na pytanie, czemu Francja i Wielka Brytania delegowały do Polski urzędników "średniego szczebla".

- Zaproszenia zostały skierowane do szefów rządów, wybór składu delegacji jest indywidualną decyzją każdego kraju - powiedział Przewoźnik.

Ostrzej wypowiedział się Paweł Adamowicz, prezydent Gdańska. - Jako samorządowiec mogę powiedzieć, że szkoda, iż naszych sojuszników także teraz nie będzie.

Strona polska wciąż czeka na sygnał zza oceanu, kto będzie reprezentował administrację amerykańską. Niemal na sto procent można powiedzieć, że będzie to albo sekretarz stanu USA Hillary Clinton, albo wiceprezydent Joe Biden.

1 września obchody na Westerplatte mają odbywać się dwukrotnie. O godz. 4.45 będą miały charakter krajowy, a o godz. 15 uczestniczyć będą w nich także goście zagraniczni. Podczas obchodów o 4.45 przemawiać mają m.in. Paweł Adamowicz oraz prof. Paweł Machcewicz, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej. Wówczas też nastąpi podpisanie aktu erekcyjnego pod muzeum, a także otwarcie wystawy plenerowej "Westerplatte: kurort - bastion - kurort".

Na uroczystości przy pomniku Obrońców Wybrzeża wstęp będzie tylko z zaproszeniami, natomiast każdy chętny będzie mógł oglądać uroczystości na żywo na telebimie, który będzie ustawiony u stóp cypla.

Po południu na Westerplatte przewidziane są wystąpienia prezydenta Lecha Kaczyńskiego, premiera Donalda Tuska, Władimira Putina, Angeli Merkel, przedstawiciela administracji USA i premiera Szwecji Fredrika Reinfeldta jako przedstawiciela Unii Europejskiej.

Ani słowa o Erice Steinbach
Z arcybiskupem Sławojem Leszkiem Głodziem rozmawia Jakub Mielnik


Czy list biskupów rozwiąże spór wokół wypędzeń?

To nie list, tylko deklaracja, która nie jest odpowiedzią na działalność pani Steinbach, tylko kontynuacją listu biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 r. ze słynnym wezwaniem "Wybaczamy i prosimy o wybaczenie". Wtedy Episkopat Polski był prekursorem pojednania polsko-niemieckiego. Tamten akt odwagi w duchu pojednania kosztował Kościół bardzo wiele. Dlatego dziś sprawa wypędzeń nas nie interesuje, to swoisty folklor polityczny.

To po co ta deklaracja?

Mamy 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Do tego tematu trzeba wracać, bo od pierwszego listu z 1965 r. przybyły już dwa pokolenia Polaków i Niemców, które nie pamiętają ani wojny, ani tamtego dokumentu. Deklaracja wpisuje się w nurt pojednania, przecież żyjemy dziś w wolnej Europie. Polska i Niemcy to dwa narody, które są nie tylko sąsiadami, ale należą też do UE i NATO %07- to ma swoje znaczenie.

A więc nie będzie żadnych odniesień do Steinbach?

Pan z uporem maniaka pcha mnie w jakieś wypędzenia, niech pan pyta o to panią Steinbach. Stanowisko Polski i przeciętnego Polaka jest chyba jasne. To tak, jakbyśmy dyskutowali z każdą wypowiedzią mediów rosyjskich w sprawie naszych stosunków w czasie II wojny światowej. Na margines odpowiada się marginesem, to są za poważne sprawy, by na nie reagować.

Ale apel pojawia się w konkretnym kontekście politycznym, którego częścią jest spór wokół wypędzeń.

Zawsze są jakieś konteksty, dlatego deklaracja dopiero dziś znajdzie ostateczną redakcję, przecież spotykamy się na konferencji episkopatu i pewne rzeczy będą dopiero dziś ustalane.

A jakie jest nastawienie episkopatu niemieckiego do apelu?

Wszystko było uzgadniane. Episkopat niemiecki przeszedł swoją ewolucję i jest pozytywnie nastawiony do deklaracji.

Ale nie jest tajemnicą, że hierarchowie niemieccy są podzieleni w sprawie wypędzeń.

Nie prowadzimy żadnych badań, który z biskupów jest za, a który nie, opieramy się na zdaniu episkopatu Niemiec, a nie poszczególnych biskupów.

Pamięta biskup list z 1965 roku?

Ja wtedy odbywałem służbę wojskową i dokładnie pamiętam cały rok obelg i ubliżania Kościołowi łącznie z napisami na murach. Oficerowie polityczni LWP mówili "biskupi - zdrajcy ojczyzny". Trzeba mieć tego świadomość, bo jako Kościół i biskupi byliśmy heroldami w procesie pojednania.

Czy apel będzie miał podobny wydźwięk jak list biskupów z 1965 r.?

Nie ma takiego charakteru i kontekst polityczny jest inny niż dzisiaj. Byliśmy kiedyś po dwóch stronach barykady, a w PRL Kościół był uważany za ostoję rewizjonizmu i sługę Watykanu. Trudno przykładać miarę z czasów komunizmu do dnia dzisiejszego.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!