1974 rok. Meksyk - złoto mistrzostw świata. 1976 rok. Montreal - złoto igrzysk olimpijskich. 2009 rok. Izmir - złoto mistrzostw Europy. Od wczoraj to są trzy najważniejsze daty w historii polskiej siatkówki.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Biało-czerwoni dokonali czegoś, co wydawało się niemożliwe. Bez Mariusza Wlazłego, Michała Winiarskiego i Sebastiana Świderskiego, skazywana jeszcze sześć tygodni temu na sromotną porażkę drużyna Daniela Castellaniego wygrała rywalizację o miano najlepszej drużyny Starego Kontynentu. To prawie tak samo trudne jak wygrać mistrzostwo świata, bo przecież w mundialu liczą się jeszcze tylko Brazylia i USA.

I nikt już dziś nie powie, jak jeszcze dwa tygodnie temu, że mieliśmy szczęście w losowaniu, że trafiliśmy do słabszej grupy. Kto tak myślał (przyznajemy, my też), niech wchodzi dziś pod stół i szczeka! Tak jak Bułgarzy po sobotnim półfinale.

Przed jego rozpoczęciem ich atakujący Władimir Nikołow mówił, że Francja i Polska miały dużo łatwiejszą drogę do strefy medalowej. Że są zdecydowanie słabszymi zespołami od Rosji i Bułgarii, które po drodze musiały się mierzyć m.in z Serbią, Włochami czy Holandią.

W tę gadaninę uwierzył nawet prezydent Bułgarii Georgi Pyrwanow, który przyleciał do Izmiru. Tak samo zresztą jak całkiem spora grupa kibiców, których wcale nie było mniej od polskich.

W sobotę, po ledwie dwóch godzinach walki, Nikołow uciekał speszony do szatni. W stronę polskich dziennikarzy rzucił tylko: Byliście lepsi.

Nie byliśmy lepsi! Byliśmy o klasę lepsi. Biało-czerwoni rozegrali jedno z najlepszych spotkań w historii. Zespół funkcjonował perfekcyjnie. Zagrywka, przyjęcie, atak, blok. Nie było elementu, w którym rywale byliby lepsi.

A gdy jeszcze okazało się, że Francuzi po niesamowitym meczu pokonali Rosję 3:2, już nikt nie mógł powiedzieć, że nasza połówka turniejowej drabinki była słabsza. Te dwa półfinałowe starcia pokazały, że w siatkówce bardziej od siły, zasięgu czy dynamiki liczą się jednak zaangażowanie, technika, taktyka i wreszcie, a może przede wszystkim odporność psychiczna.

My pokazaliśmy ją w partii numer dwa. Bułgarzy mieli w niej piłki setowe. Ale my je broniliśmy. Nie pierwszy raz w tych mistrzostwach. Bo w Turcji, jeśli już traciliśmy sety jak wczoraj w finale, to tylko wtedy, gdy rywale na początku uzyskiwali przewagę. Gdy jednak gra toczyła się na przewagi, górą byli biało-czerwoni. Tak tworzy się wielka drużyna!

Ale i Francuzi pokazali nie lada charakter. Na nich, tak jak na nas, nikt nie stawiał przed mistrzostwami. Tuż przed rozpoczęciem turnieju stracili obu podstawowych rozgrywających. Ten trzeci Yannick Bazin nie zawiódł jednak ani przez moment.

Trójkolorowi też świetnie wytrzymywali końcówki. W tie-breaku z Rosjanami przegrywali już 9:13, by wygrać do 15. Samica praktycznie w pojedynkę załatwił sprawę.

Finał był taki, jak się spodziewaliśmy. Zacięty, nerwowy, ze sporą liczbą błędów, choć zdecydowanie więcej popełniali ich rywale. Nie było w tym meczu zawodnika, który nie miałby słabszej chwili. Ale to Polacy szybciej dochodzili do siebie. To nasze kryzysy były krótsze. To nasza taktyka lepsza. Tylko serce z obu stron siatki takie samo!

Każdy, ale to absolutnie każdy siatkarz polskiej drużyny miał w tym meczu swoje pięć minut. Piotr Gruszka znów był nie do zatrzymania. Zwłaszcza w pierwszym i drugim secie. Atakował jak natchniony. W kolejnych dwóch partiach złapał lekką zadyszkę. Chyba w sensie dosłownym, bo nie psuł piłek, ale jego ataki nie były już tak mocne i Francuzi zaczęli je podbijać. Wrócił jednak w najważniejszym momencie.

Czwarta partia miała niesamowitą dramaturgię. Po trzeciej, w której zupełnie stanęliśmy, siadło wszystko: przyjęcie, zaraz po nim atak, wreszcie zagrywka i blok (inaczej być nie może, bo te elementy w takie pary są ze sobą powiązane) - w tej ostatniej trwała walka punkt za punkt.

Na początku to Francuzi mieli lekką przewagę, później my. Trzy razy wychodziliśmy na dwupunktową przewagę. I trzy razy Trójkolorowi nas dochodzili.

Gdy Gruszka na podwójnym bloku przedarł się na drugą stronę i zrobiło się 23:22 dla nas, wydawało się, że jest po meczu. Ale gdzie tam. Rywale obronili setbola. Doprowadzili do stanu 24:24, ale dalej punktował już tylko nasz atakujący.

Oczywiście najpierw musiała zapracować cała drużyna. Mądry blok, obrona i kontra. Tak wyglądały dwie ostatnie, złote akcje. Za każdym razem piłka trafiała do Gruszki. Wysoka. Taka, która nie mogła zmylić rywali. Liczył się więc tylko on i ich blok.

Dwa razy górą był Gruszka, który dzień wcześniej przewidział, że w finale zagramy z Francją. Który mówił przed meczem z Bułgarami, że to dobrze, że na trafilliśmy na Kazijskiego i spółkę, bo Trójkolorowi rozkręcają się z meczu na mecz.

Gruszka mówił też przez meczami o medale, że liczyć się będzie cierpliwość, że wygrają zespoły, które nie będą się przejmowały się pojedyńczymi niepowodzeniami, które potrafią przetrwać trudniejszy moment i wrócić do swojej gry.

W finale atakujący Delecty Bydgoszcz zdobył 23 punkty i miał 54% skuteczności. Dzień wcześniej 58% i 18 punktów. To były jego najlepsze zawody w życiu. Bez dwóch zdań. Potwierdzili to organizatorzy ME, którzy wybrali go MVP turnieju.

Ale sam złota, by nie zdobył, to pewne. Bartek Kurek, który w niedzielę złapał zadyszkę i musiał usiąść na ławie, wrócił w najważniejszym momencie. W czwartym secie znów był tym Kurkiem, który zadziwia świat. W sobotę w półfinale był nie do zatrzymania - 17 punktów i 60 proc. skuteczności ataku.

Wyliczać można dalej. Michał Bąkiewicz, wczoraj też na chwilę usiadł na ławce. Ale nim to się stało, wobec słabszej postawy Bartka, był znów drugim atakującym drużyny. W decydującej partii to on dał nam pierwszą dwupunktową przewagę w końcówce. Po jego mocnym serwisie rywale źle przyjęli piłkę. Samica musiał atakować przez potrójną polską ścianę. Spudłował. Zrobiło się 19:17. Od tego momentu już nas tylko gonili.

Daniel Pliński w czwartej partii szalał w bloku. Marcin Możdżonek dołożył atak z krótkiej. Wcześniej Michał Ruciak dał świetną zmianę Kurkowi. Pozwolił mu ochłonąć i nabrać wiary we własne siły.

Paweł Zagumny jak zwykle był klasą dla siebie. Wybrano go zresztą najlepszym rozgrywającym turnieju. Piotr Gacek miał w finale gorszy moment ale jak wszyscy, w czwartym secie.

No i na koniec Daniel Castellani. Bez niego nie byłoby tego triumfu. Zresztą podkreślił to po meczu z Bułgarią jej włoski trener, legenda serie A, Silviano Prandi.

- Dwadzieścia lat temu Daniel był mózgiem drużyny, którą prowadziłem w Padwie. Już wtedy potrafił dostosować taktykę do rywali w trakcie trwania meczu. Teraz jest w tym jeszcze lepszy. Uczeń przerósł mistrza - mówił Prandi, który w serie A pracuje od połowy lat 70.

Sam Castellani przyznał jeszcze przed finałem, że to jego największy triumf w karierze. Po tym czego dokonał w Izmirze jednego możemy być pewni. To dopiero początek pasma sukcesów Polaków.

W Turcji narodziła się nowa, wielka złoto-biało-czerwona drużyna. Za rok we Włoszech mistrzostwa świata. Za trzy lata igrzyska w Londynie. Ten zespół, gdy wrócą do niego Wlazły, Winiarski i Świderski, stać na to, by powtórzyć drogę ekipy Wagnera.








Przedstawiamy i oceniamy mistrzów Europy w siatkówce


Piotr Gruszka, atakujący, 33 lata, klub: Delecta Bydgoszcz

Jeden z głównych ojców sukcesu w Izmirze. To on wziął ciężar gry na siebie w najtrudniejszych momentach meczów z Hiszpanią i Słowacją. W półfinale był nie do zatrzymania. To nie pierwsze jego takie wejście smoka. Tak jak trzy lata temu, podczas MŚ Japonii, w meczu z Rosją wszedł z ławki i wspólnie z innym rezerwowym Grzegorzem Szymańskim rozbił Sborną. Paradoksalnie, gdyby zdrowy był Mariusz Wlazły, Daniel Castellani zapewne nie zabrałby Piotra do Turcji.

Paweł Zagumny, rozgrywający, 33 lata, Panathinaikos Ateny

Wszyscy zastanawiamy się, jak to się stało, że drużyna, którą w Lidze Światowej trzy razy ograła Finlandia, nagle zaczęła wygrywać. Trochę upraszczając sprawę, ale też bez większej obawy o wpadkę, wystarczy powiedzieć - doszedł do niej "Guma". Nie wszystkie jego wystawy są idealne, ale idealnie Paweł połączył starą część ekipy z młodą. No i został jej cichym przywódcą. Cichym, bo nie lubi gadać. Lubi wygrywać.

Daniel Pliński, środkowy, 32 lata, Skra Bełchatów

Może się wydawać, że "Plina", mierzący "tylko" 205 cm wzrostu, był w tych mistrzostwach w cieniu "Możdżona". Dosłownie i w przenośni, bo przecież drugi nasz środkowy ma 212 cm. Ale to złudzenie. "Po meczu z Bułgarami zadałem sobie sprawę, jak bardzo innym jestem zawodnikiem od tego, który grał w finale MŚ. Wiem już, co to znaczy grać wielki mecz i potrafię udźwignąć ten ciężar" - powiedział po półfinale. Tym doświadczeniem dzielił się nie tylko z Możdżonkiem.

Bartek Kurek, przyjmujący, 21 lat, Skra Bełchatów

Po mistrzostwach zapewne będzie mógł przebierać w ofertach z najlepszych klubów świata! Odkrycie ostatnich tygodni. Nie chce, by porównywano go z Matejem Kazijskim, ale nie ma innego przyjmującego na świecie, z którym Bartka można by porównywać. Ma niemal wszystko - atak, zagrywkę, blok, charakter. Pracuje nad przyjęciem. No i ma poukładane w głowie. Rośnie nam najlepszy siatkarz świata. Bez dwóch zdań!

Michał Bąkiewicz, przyjmujący, 28 lat, Skra Bełchatów

Cichy bohater. Nie lubi pchać się na afisz. Cierpiał, gdy w Lidze Światowej Castellani zrobił go kapitanem. Po dwóch dniach pisania dla nas dziennika z Izmiru, przysłał SMS: "Przepraszam, nie nadaję się". Cały Michał. Skromny aż do bólu. Ale na boisku wojownik. A zadanie ma trudne, bo odwala czarną robotę. Przyjmuje zagrywkę i broni w polu. I to jak. Mało parkietu nie gryzł. Atakuje rzadziej. W Izmirze dostawał niemal same trudne piłki i nie zawodził.

Marcin Możdżonek, środkowy, 24 lata, Skra Bełchatów

Na nim opiera się siła polskiego bloku. Gdy staną obok siebie Możdżonek, Gruszka i Kurek - odpowiednio 212, 206 i 205 cm wzrostu - rywalom zaczynają drżeć łydki. Takiej ściany nie ma nawet teraz Sborna, choć do jej składu wrócił najwyższy siatkarz świata Aleksiej Kazakow (217 cm). To pojedyncze bloki Możdżonka, obok ataków Gruszki, przeważały szalę na naszą korzyść w niezwykle trudnych meczach z Hiszpanią i Słowacją.

Piotr Gacek, libero, 31 lat, Skra Bełchatów

Szczęściarz. Wygrał rywalizację z Krzysztofem Ignaczakiem o wy-jazd na MŚ w Japonii - zdobyliśmy srebro. Do Pekinu poleciał "Igła" - przegraliśmy ćwierćfinał z Włochami. Teraz znów posadził swego wielkiego rywala na ławce i znów ma medal. A może to jego zasługa, że w wielkich imprezach stajemy na podium? Na pewno tak. Tak jak Pliński potrafi dzielić się swym doświadczeniem. Tak jak Pliński swoją robotę wykonuje na 110 procent normy!

Zbigniew Bartman, przyjmujący, 22 lata, Gazprom Surgut

To o nim Castellani mówił po pierwszych tygodniach pracy z kadrą, że ma największy potencjał. Dlaczego więc przegrał rywalizację z Kurkiem i w Izmirze wchodził tylko na zmiany? Wszyscy podkreślają, że gdy Zbyszek upora się z własną ambicją i nabierze trochę pokory, może być siatkarzem światowego formatu. W nowym sezonie zagra w Gazpromie Surgut. Może wyjazd na Syberię pomoże mu ostudzić czasami zbyt gorącą głowę.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!