Na szczęście nic poważnego mi się nie stało Na szczęście nic poważnego mi się nie stało

Na szczęście nic poważnego mi się nie stało. W wypadku ucierpiała moja koleżanka - mówi Lidia Liszka (© fot. Agnieszka Materna)

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

- To był moment. Składaliśmy akurat życzenia naszemu prezesowi, który kilka dni wcześniej obchodził 70. urodziny. Modliliśmy się z zaprzyjaźnionym księdzem i nagle, w jednej chwili całe życie przeleciało nam przed oczami. Gdy pojazd wpadł w poślizg, wszyscy polecieliśmy do przodu.

Autokar przewrócił się na prawy bok - wspomina Lidia Liszka, 75-letnia kobieta, która siedziała z tyłu autokaru razem z koleżanką Ireną Król.

Pani Lidia wraz z 30 innymi pielgrzymami z rybnickiej dzielnicy Popielów wróciła wczoraj nad ranem do domu z Czech, gdzie we wtorek wieczorem rozbił się ich autokar. W szpitalu w czeskim Krnovie, tuż za polską granicą, w pobliżu Głubczyc, nadal pozostają trzy najbardziej poszkodowane kobiety (mają m.in. obrażenia wewnętrzne, jednak jak donoszą lekarze, ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo).

Do wypadku doszło między wsiami Hermanovice i Holcovice, niecałe 130 kilometrów od Cieszyna. W autokarze marki Mercedes znajdowały się 43 osoby w wieku od 45 do 75 lat. Byli to głównie członkowie koła emerytów działającego w Po-pielowie, którzy jechali na jednodniową wycieczkę do sanktuarium Maryjnego w mieście Zlate Hory. - Gdy pielgrzymi wracali do Polski, niedaleko Holcovic autokar z niewyjaśnionych dotąd przyczyn zjechał do przydrożnego rowu. Była godzina 18.20 - mówi Katarzyna Kuczyńska ze Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego.

Świadkowie twierdzą, że pod autokarem mógł obsunąć się awaryjny pas jezdni.

- Irena poprosiła mnie, żebym pomogła jej wstać, ale nie potrafiłam się ruszyć - wspomina Lidia Liszka. - Byłam cała obolała. Na pomoc pospieszyli nam panowie.

Pomagali wychodzić przez okna. Po chwili na miejsce przybyły służby ratunkowe i policja. Wszyscy uwijali się jak w ukropie - dodaje kobieta, która razem z dziewięcioma innymi osobami trafiła do szpitala. Pozostali pasażerowie znaleźli schronienie w miejskiej świetlicy w Albrechticach. - Lekarz zbadał mi głowę, bo mocno mnie bolała. Mam też ranę na ręce. Na szczęście nic poważnego mi się nie stało - mówi pani Lidia. Siedem osób zaraz po badaniach opuściło szpital. Jedna z kobiet, na stałe mieszkająca w Niemczech, pojechała do domu. Pozostałe osoby wróciły do Polski.

Trzy najciężej ranne osoby, w tym 71-letnia Irena Król oraz dwie kobiety w wieku 70 lat, zostały przewiezione do szpitala w Krnovie. - U teściowej lekarze podejrzewali przebicie śledziony i złamany kręgosłup, jednak rezonans magnetyczny niczego złego nie wykazał. Mama jest w szoku i bardzo osłabiona. Przyjmuje leki uspokajające i przeciwbólowe. Leży na intensywnej terapii. Ma stłuczoną miednicę i uszkodzone kręgi lędźwiowe. Lekarze określają jednak jej stan jako stabilny. Mama z całej trójki kobiet została najbardziej poszkodowana - mówi Marian Wolny, zięć Ireny Król, który wczoraj rano odwiedził teściową. Nie wie, jak długo potrwa jej rehabilitacja. Chciałby, by jak najszybciej wróciła do domu.

Czeski szpital utrzymuje stały kontakt z polskimi służbami konsularnymi w Ostrawie. W ciągu najbliższych dni lekarze zdecydują o terminie i sposobie transportu kobiet do Polski.

- Wszyscy mieliśmy szczęście, że przeżyliśmy ten straszny wypadek. To prawdziwy cud, że nikt nie zginął. Nawet nie miałam siły, aby płakać. Czekamy w Popielowie na Irkę i inne panie. Mamy przecież w planach kolejne wycieczki - mówi Lidia Liszka.

Wiadomości

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!