Bez silnego zaplecza parlamentarnego, rządy są w stanie najwyżej administrować. Jeśli już stoi za nimi silna i zdyscyplinowana koalicja, to na drodze pojawiają się prezydenckie ambicje najważniejszych polityków albo konflikty osobiste. Pomóc może więc tutaj nowe i jasne rozstrzygnięcie ustrojowe - zmiana konstytucji. W ostatnich dniach na przeciw tym kłopotom wychodzą też koncepcje zmian zaproponowane przez sędziów Trybunału Konstytucyjnego: Marka Safjana, Andrzeja Zolla i Jerzego Stępnia, którzy chcą "usunąć z systemu mankamenty związane z wykonywaniem władzy wykonawczej w Polsce".

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Pakiet ustaw zdrowotnych, który jesienią forsowała Platforma Obywatelska został zablokowany przez prezydenckie weto, a upadł poprzez jego spektakularne podtrzymanie przez koalicję PiS - SLD. Identyczny los spotkał ustawę medialną. Koalicja rządowa i komentatorzy narzekali, że prezydent blokuje najważniejsze projekty rządowe, przez co samą istotę rządzenia sprowadza do administrowania lub tytanicznych zapasów premiera z destruktywnym prezydentem i opozycją.

W maju tego roku Trybunał Konstytucyjny rozstrzygnął, że prezydent może samodzielnie decydować o udziale w posiedzeniach Rady Europejskiej, a Rada Ministrów ustalać stanowisko Polski, które prezentuje premier. Dlatego sposobem na ostateczną eliminację owych "mankamentów" ma być stopniowe osłabienie pozycji prezydenta. W jaki sposób?

Poprzez jego rozbrojenie kompetencyjne, w tym m.in. de facto zlikwidowanie prezydenckiego weta czy poddanie Biura Bezpieczeństwa Narodowego pod kontrolę parlamentu i odebranie go głowie państwa. - To ciekawa propozycja. Skoro wysuwają ją sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, to mam nadzieję, że nie zostanie ona uznana jako motywowana politycznie - ocenia Sławomir Nitras, poseł Platformy Obywatelskiej.

- To dziwna propozycja, która skończyła chyba już swój żywot zanim się narodziła i znajdzie swoje odbicie najwyżej w podręcznikach akademickich - ocenia Karol Karski, z PiS, w Sejmie poprzedniej kadencji przewodniczący Komisji Nadzwyczajnej zajmującej się nowelizacją Konstytucji RP. Wie co mówi, bo dzisiaj nie ma woli politycznej i odpowiedniej większości do zmiany konstytucji. Chyba, że za rok gdyby premier Tusk stał się prezydentem Tuskiem. Jednak czy oddałby swoje prerogatywy?

- Skoro temu projektowi przyklaskują politycy Platformy to znaczy, że chcą osłabić pozycję prezydenta i nie wierzą w przyszłoroczny sukces swojego lidera - dodaje zdumiony Karski.

Jak więc wyglądałaby nasza rzeczywistość po wprowadzeniu tych korekt ustrojowych? Szefem BBN byłby prawdopodobnie polityk wybrany głosami koalicji rządzącej, a sama instytucja sprowadzona zostałaby do roli ośrodka doradczego i analitycznego oddzielonego od prezydenta jako zwierzchnika Sił Zbrojnych RP. Ustawa medialna, jak i każda inna zostałaby pewnie bez trudu uchwalona, a przy obecnej arytmetyce sejmowej prezydenckie weto miałoby jedynie charakter symboliczny. O ile w ogóle zostałoby postawione. Co więcej, nie wiadomo, czy do roli raczej tytularnego prezydenta pretendowałby jakikolwiek poważny polityk w kraju? Najważniejszym pałacem stałby się przecież ten znajdujący się w Alejach Ujazdowskich wraz niemal całą realną władzą, choć uzależnioną od sejmowej większości i partyjnych interesów.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!