Jeszcze kilka dni temu nikt nie spodziewał się, że po rybnickich drogach strażacy będą pływali łódką. Wielka fala na Rudzie przyszła niespodziewanie. Woda przelewała się przez wały przeciwpowodziowe i wdzierała się do domów, garaży i ogródków, wywołując ogromne straty. Strażacy, pracownicy miejskich służb i strażnicy miejscy mieli pełne ręce roboty.

W poniedziałkowy poranek wylała rzeka Ruda. Woda przeszła przez niewielki wał i wdarła się do kilkudziesięciu domów położonych w rejonie ulicy Partyzantów w dzielnicy Ligota-Ligocka Kuźnia. Pięć z nich od poniedziałku odciętych było od świata. Do mieszkańców, którzy nie zdecydowali się opuścić swoich domostw, strażacy i pracownicy miejskich służb docierali niewielką motorówką. - Inaczej nie da rady. Wody jest po pas - mówili nam we wtorek po południu.

Od poniedziałku w strachu żyli także mieszkańcy dzielnicy Stodoły, położonej na drugim końcu Rybnika. Tam realna była groźba, że mieszkańców kilkudziesięciu domów trzeba będzie ewakuować. Wszystko dlatego, że od początku tygodnia gwałtownie podnosił się poziom wody w Rybnickim Zalewie.

W poniedziałkowy wieczór wody było tak dużo, że zaledwie 12 centymetrów brakowało do przekroczenia stanu powodziowego.

- Napływ wody w zalewie wynosi około 50 metrów sześciennych na sekundę. Zbiornik jest napełniony do granic możliwości, więc tyle wody ile wpada, musimy też z niego zrzucać - mówi Michał Śmigielski, wiceprezydent Rybnika. - Jeśli tego nie zrobimy, to grozi nam destabilizacją zapory, która znajduje się na zalewie - dodaje. W związku z ogromnym zagrożeniem, że wody z zalewu przeleją się na teren osiedla domków jednorodzinnych w Stodołach, od początku tygodnia służby miejskie rezerwowały miejsca w ośrodkach i hotelach położonych na terenie miasta, dla tych osób, które w razie zwiększenia ryzyka musiałyby opuścić domy.

Najgorszy scenariusz, na szczęście się nie sprawdził, ale woda i tak wyrządziła w dzielnicy wiele szkód. Już w nocy z niedzieli na poniedziałek rzeka, tuż za miejscem zrzutu z zalewu wystąpiła z brzegów i zalała pobliskie pola i łąki. Rano było jeszcze gorzej. Woda zaczęła się już wdzierać na posesje, drogi, a nawet na teren ośrodka jeździeckiego. Ogromne spustoszenie żywioł wywołał na terenie posesji państwa Małgorzaty i Grzegorza Piechów, w domu których przed laty wakacje spędzał Karol Wojtyła, nim jeszcze został papieżem.

- Woda wylała się z koryta rzeki i podchodziła pod dom, coraz bliżej i bliżej . W ciągu zaledwie kilku minut zalało dom, w którym teraz mieszkamy. Wody mamy w pokojach ponad pół metra. Drzwi wejściowych nie da się otworzyć z żadnej strony. Na piętro, do domu wchodzimy po drabinie, którą przystawiliśmy do balkonu - mówi Grzegorz Piecha. - Nic nie zdążyliśmy nawet przenieść na piętro. Meble, krzesła, stoły zostały na parterze. Szybko zwinęłam tylko dywan. Jak woda zejdzie, to dopiero zobaczymy zniszczenia. A my niedawno pomalowaliśmy wszystkie pokoje, teraz trzeba będzie to robić od nowa - dodaje jego żona, Małgorzata. Woda wylana z Rudy zatrzymała się w odległości zaledwie metra, od słynnego "domu papieskiego", w którym dziś państwo Piechowie prowadzą niewielkie muzeum poświęcone Papieżowi-Polakowi. - Najbardziej baliśmy się, że woda przedostanie się właśnie do tego budynku, który jest dla nas tak cenny. Miejscowi strażacy bardzo nam pomagali. Cały dom obłożyli workami z piaskiem i w ten sposób próbowali zatrzymać wodę. Chwała Bogu, że się nam udało - mówi Piecha.

Czytaj także

    Komentarze (0)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!