Wczoraj zapadł wyrok w sprawie dwóch bohaterów afery gruntowej, ale sprawy przecieku nie rozstrzygnięto Janusz Kaczmarek wykłada na trzech uczelniach, Andrzej Lepper żyje z 40-hektarowego gospodarstwa, Ryszard ...

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Wczoraj zapadł wyrok w sprawie dwóch bohaterów afery gruntowej, ale sprawy przecieku nie rozstrzygnięto


Janusz Kaczmarek wykłada na trzech uczelniach, Andrzej Lepper żyje z 40-hektarowego gospodarstwa, Ryszard Krauze ciężko pracuje i po chudych miesiącach powoli wraca do gry, a Konrad Kornatowski wciąż szuka pracy. Różnie potoczyły się losy bohaterów afery gruntowej, a właściwie głośnego przecieku, który doprowadził do zerwania rządzącej koalicji Samoobrony, Ligi Polskich Rodzin i Prawa i Sprawiedliwości.

Wczoraj Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia wydał wyrok w sprawie dwóch głównych oskarżonych o płatną protekcję w aferze gruntowej: dwa i pół roku dostał Piotr Ryba, karą grzywny został ukarany Andrzej K., ale tak naprawdę wiele pytań w tej sprawie wciąż pozostaje bez odpowiedzi.

Piotr Ryba to były dziennikarz TVP, związany potem z Samoobroną. Andrzej K. był rekomendowany przez PiS na wiceprezesa telekomunikacyjnej firmy Dialog. Stanęli przed sądem za to, że powołując się na wpływy w kierowanym przez Leppera resorcie rolnictwa, za 2,7 mln zł łapówki chcieli załatwić w ministerstwie odrolnienie 40 ha ziemi na Mazurach. Oferta łapówki okazała się prowokacją CBA. Ryba i K. zostali zatrzymani i aresztowani. Ale obu panów, jak zakłada prokuratura, ktoś wcześniej uprzedził o akcji Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Wśród osób przesłuchiwanych zarówno przez prokuraturę, jak i specjalnie powołaną do wyjaśnienia sprawy przecieku sejmowej komisji śledczej, wymienia się m.in. nazwisko biznesmena Ryszarda Krauzego, ówczesnego szefa policji Konrada Korna-towskiego, szefa MSW Janusza Kaczmarka i posła Samoobrony Lecha Woszczerowicza, który ponoć osobiście kontaktował się z Andrzejem Lepperem. Do dziś nie wiadomo: są winni czy nie.

Największym przegranym w tym gronie zdaje się być Kornatowski, któremu 30 sierpnia 2007 r. postawiono zarzut nakłaniania do składania fałszywych zeznań w sprawie przecieku o akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa. Wieloletni, doświadczony prokurator, pracujący najpierw w Trójmieście, a następnie jako szef w Biurze ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej, wciąż zasila grona bezrobotnych. - Zostałem zamordowany cywilnie przez moich byłych podwładnych, w tym także byłych kolegów z Prokuratury Krajowej %07- mówi nam dzisiaj Kornatowski. - Najgorzej, że, jak śpiewano w kabarecie Olgi Lipińskiej, sprawie "końca nie widać". Wydawało się, że jeśli prokurator decyduje się na postawienie zarzutów składania fałszywych zeznań, to powinien mieć jednoznaczne dowody pozwalające na skierowanie w przeciągu najwyżej trzech miesięcy sprawy do sądu. A ja nadal czekam.

Jako prokurator po pięćdziesiątce Kornatowski nie ma szans na zmianę zawodu. - Jestem na utrzymaniu żony prawniczki, która opłaca także moje ubezpieczenie zdrowotne. Nie odkładam na emeryturę, bo nie mam z czego. Żyję oszczędnie, na wakacje nie wyjeżdżam - opowiada. Kornatowski nadal mieszka z rodziną w swoim gdyńskim mieszkaniu. Na szczęście ludzie się od niego nie odwrócili: sąsiedzi wciąż mówią: "Dzień dobry", nawet nieznajomi potrafią podejść na ulicy ze słowami otuchy. %07- Obawiam się, znając tempo pracy polskich sądów, że na pełne oczyszczenie z zarzutów będę musiał czekać nawet i pięć lat - twierdzi były szef policji. A co potem?- 8 sierpnia 2007 r. złożyłem na ręce ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry wniosek o przyjęcie mnie do prokuratury. Ten wniosek jest nadal aktualny - opowiada.

Znacznie lepiej wiedzie się Januszowi Kaczmarkowi, a przynajmniej jego głos brzmi pogodniej. Nad ranem 30 sierpnia 2007 r. Kaczmarek został zatrzymany przez funkcjonariuszy ABW w Warszawie, w mieszkaniu reżysera Sylwestra Latkowskiego pod zarzutem utrudniania śledztwa i składania fałszywych zeznań. Jego sprawa została wyłączona do osobnego wątku i przekazana do prokuratury w Białymstoku, gdzie toczy się do dziś. Tymczasem były prokurator krajowy i minister spraw Wewnętrznych i administracji zajął się pracą dydaktyczną i... dziennikarstwem. %07- Wykładam na trzech krajowych uczelniach prawo i kwestie związane z bezpieczeństwem wewnętrznym - mówi nam Janusz Kaczmarek. - Piszę książki: wydałem "Porwania dla okupu", współpracowałem z Piotrem Pytlakowskim i Sylwestrem Latkowskim w opisaniu historii porwania i zabicia Krzysztofa Olewnika, przygotowuję następna książkę. No i piszę felietony do dwóch czasopism - wylicza były minister. I dodaje, że okres wielkiej polityki uważa, przynajmniej na razie, za zamknięty, ale też nigdy się nie uważał za wielkiego polityka. Miesięcy spędzonych w Warszawie nie żałuje: było, minęło, teraz może więcej czasu poświęcić rodzinie i studentom, z którymi zawsze lubił pracować.

Andrzej Lepper jest w bardziej bojowym nastroju. Wczoraj stwierdził, że wyrok warszawskiego sądu w sprawie tzw. afery gruntowej to niesłuszna decyzja, a on sam czuje się pokrzywdzony, oszkalowany i oczerniony, bo w kraj poszło, że jest uczestnikiem jednej z największych afer w Polsce. - Cała ta sprawa to zemsta Kaczyńskich po taśmach Renaty Beger - powiedział nam wczoraj Andrzej Lepper. I dodał, że afera gruntowa ma swoje dobre i złe strony. Złe: po jej ujawnieniu rozpadła się koalicja rządząca, doszło do wcześniejszych wyborów, w których Samoobrona nie uzyskała poparcia gwarantującego miejsca w parlamencie. - Zniknęliśmy też z rządu - wzdycha Andrzej Lepper. - Ale z drugiej strony - dodaje szybko - razem z nami zatopieni zostali ludzie szalonej, chorej pomysłowości. Bo przecież stracili władzę ci, którym się wydawało, że mogą robić nielegalne prowokacje.

Ale przegrana w wyborach parlamentarnych i afera gruntowa bynajmniej nie ostudziły politycznego zapału przewodniczącego Leppera. - Jak wtedy, gdy byłem w rządzie, tak teraz w domu jestem gościem - przyznaje. - Struktury Samoobrony zostały przecież zachowane, a ja jeżdżę po kraju i rozmawiam z ludźmi. Pewnie, że po tym wszystkim niektórzy w partii odeszli, ale ja to nazywam naturalną selekcją. W tej partii wciąż jest potencjał. Współtworzyłem Samoobronę, budowałem jej siłę i nie zamierzam grzebać własnego dziecka - opowiada Lepper. Ale, co przyznaje, z jeżdżenia po kraju pieniędzy nie ma, więc, jak na rolnika przystało, utrzymuje się z 40-hektarowego gospodarstwa, które razem z synem prowadzi od lat w Zielnowie koło Sławna. Oprócz pola mają altankę, oczko wodne i dom niczym z bajki. %07- Nie uważam się za przegranego, jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa - zapowiada Lepper.

Ryszard Karuze jest znacznie mniej wylewny i rozmowny. Od czasu afery gruntowej właściwie unika dziennikarzy, udzielił wszystkiego może dwóch wywiadów, bo jak sam w nich zaznaczył "ciężko pracuje". Jemu biznesowo i prywatnie szum wokół przecieku zaszkodził, i to bardzo. %07- Zaraz po słynnej konferencji prokuratora Engelkinga, na której opowiadał o wizycie Janusza Kaczmarka w pokoju Ryszarda Krauzego w warszawskim hotelu Marriott, notowania jego spółek na giełdzie poleciały na łeb na szyję - opowiada nasz rozmówca. Pod domem Krauzego koczowali dziennikarze, a zaraz potem w mediach pojawiły się informacje m.in. o tym, że jeden z najbogatszych Polaków załatwiał z Andrzejem Lepperem obsadę stanowisk, m.in. w ZUS. Krauze pozwał dziennikarzy do sądu, powygrywał procesy i doczekał się przeprosin, ale zła sława została. Do tego doszedł kryzys, który dotknął także wielkiego biznesmena okrzykniętego polskim oligarchą. Dość, że Ryszard Krauze spadł w rankingu najbogatszych Polaków miesięcznika "Forbes" z trzeciego miejsca w 2008 roku na 21. rok później. A kraj obiegła plotka o bliskim bankructwie Krauzego, czego dowodem miało być wystawienie przez biznesmena kolekcji obrazów na jednej z aukcji. - Z bankructwem nie ma to nic wspólnego, raczej z normalnym działaniem konesera sztuki - zapewnia Marek Zieleniewski, szef służb prasowym firmy Prokom należącej do Ryszarda Krauzego. I dodaje, że czarny PR nie służył żadnemu biznesowi, ale sytuacja normalnieje, a oni przeżywają nawet minihossę. Zrobili świetny interes w Chinach, w których sprzedają insulinę ludzką (szacują 2 mld. dolarów zysku), w Kazachstanie złoża ropy okazały się bogatsze, niż myśleli, a firma deweloperska Polnord należąca do Krauzego zdobyła nowe, intratne zlecenia. Krauze w tym roku wrócił do sponsorowania reprezentacji Polski koszykarzy i zastanawia się nad sponsoringiem tenisa. W każdym razie na pewno nie przymiera głodem. Tyle że jest ostrożniejszy w stosunku do ludzi z kręgów polityki.

Współpraca: Dorota Abramowicz

Wiadomości

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!