Rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski domaga się abolicji dla nielegalnie przebywających w Polsce cudzoziemców. Dziś każdej osobie, która przebywa w Polsce nielegalnie, grozi deportacja. Z szacunków rzecznika wynika, że problem ten dotyczy nawet 300 tys. osób.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
W piśmie skierowanym do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji zasugerował, żeby w przygotowywanej przez resort nowelizacji ustawy o cudzoziemcach znalazły się odpowiednie przepisy.

Według rzecznika z abolicji skorzystaliby wszyscy nielegalnie przebywający w Polsce cudzoziemcy z wyjątkiem osób, które weszły w konflikt z prawem. - Nie widzę powodu, dla którego osoba przebywająca w Polsce od wielu lat, pracująca, posyłająca tu dzieci do szkoły miałaby być deportowana z Polski do kraju, z którym ma obecnie niewiele wspólnego, a dzieci nawet nie znają tamtego języka- mówi "Polsce" Janusz Kochanowski.

Uważa, że abolicja jest konieczna, bo trzeba w Polsce "oczyścić teren" pod budowę spójnej polityki migracyjnej. - Podejrzewam, że już niedługo będziemy mieli w Polsce poważny problem z migracją. Ludzie w Europie coraz chętniej się przemieszczają, a Polska w staje się krajem nie tylko wysyłającym emigrantów, ale także przyjmujących imigrantów z tych krajów, w których jest gorzej niż u nas. I to zjawisko będzie narastać - tłumaczy Kochanowski.

Z szacunków rzecznika wynika, że abolicją miałoby zostać objętych około 50 tys. Wietnamczyków i od 50 do 300 tys. obywateli Ukrainy.

Te osoby nie mają obecnie żadnej ochrony prawnej, co powoduje, że dość często bywają oszukiwani np. przez nieuczciwych pracodawców, którzy wiedzą, że żaden nielegalny imigrant nie pójdzie z tym na policję czy do Państwowej Inspekcji Pracy. Wielokrotnie też imigranci, nie mając szans na uczciwe życie, wchodzili na drogę przestępczą.

Do tej pory abolicja dla cudzoziemców przeprowadzana była dwukrotnie: w 2003 i 2007 r. Podlegali jej ci, którzy przyjechali do Polski przed 1997 r. - Problem jednak w tym, że ci, którzy są w Polsce nielegalnie, często nie są w stanie udowodnić, kiedy się u nas pojawili. Większość z nich przekroczyło granicę nielegalnie, więc nie mają w paszportach odpowiednich pieczątek - mówi Mirosław Bieniecki z Instytutu Spraw Publicznych, który bada problem imigrantów w Polsce.

Inicjatywę rzecznika chwalą specjaliści zajmujący się imigrantami. - Problem nielegalnych imigrantów powinien być w Polsce rozwiązany najpóźniej w momencie naszego wejścia do strefy Schengen - mówi Bieniecki.

Abolicje popiera także dr Piotr Szukalski, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego: - Jestem zwolennikiem abolicji, bo imigranci są nam potrzebni. Od 2015 r., kiedy na rynek pracy wejdzie niż demograficzny z połowy lat dziewięćdziesiątych, w Polsce będzie coraz bardziej brakowało rąk do pracy - tłumaczy. Jednak jego zdaniem abolicja będzie miała sens tylko wtedy, gdy będzie jednym z elementów przyszłej polityki migracyjnej, a nie jednorazowym działaniem. - A ta powinna się opierać na selektywnym wybieraniu osób, które są z punktu widzenia gospodarki najbardziej przydatne - mówi Szukalski. Jego zdaniem Polska powinna ułatwiać osiedlanie się w pierwszej kolejności wysokiej klasy specjalistom: informatykom, inżynierom, chemikom, lekarzom czy fizykom. - To jednak nie oznacza, że mamy być całkiem zamknięci na pracowników niewykwalifikowanych. Oni będą wykonywać te prace, których nie chcą się tknąć Polacy - tłumaczy Szukalski.

Dziś cudzoziemcy mogą zalegalizować swój pobyt wyłącznie poprzez ślub z obywatelem Polski. W ostatnich latach liczba ślubów z obcokrajowcami wzrasta. W miejsca, gdzie jest najwięcej nielegalnych imigrantów (np. pod Grójcem czy w powiecie płońskim), co dziesiąty związek małżeński zawierany jest z obcokrajowcem - Na pewno część z ich to małżeństwa tylko na papierze - mówi Bieniecki.

Zalegalizowanie pobytu cudzoziemców jest korzystne zarówno pod względem ekonomicznym, jak i demograficznym. Przede wszystkim część z nich zaczęłaby pracować legalnie i płacić podatki. Obliczono, że w Wielkiej Brytanii imigranci z naszej części Europy wytworzyli w 2006 r. 0,2 proc. PKB oraz zasili jego budżet oraz 300 mln funtów w formie podatku dochodowego.

Imigranci mogliby też podratować nasz system emerytalny. W ciągu najbliższych 20 lat liczba Polaków po 65. roku życia wzrośnie o 70 proc., to znaczy, że osoby czynne zawodowo będą musiały utrzymać dwa razy więcej emerytów. Sami Polacy mogą sobie z tym nie poradzić, bo na rynek pracy z powodu niżu demograficznego będzie wchodzić mniej młodych, niż odchodzić starych.

Zdaniem Szukalskiego abolicja przyczyni się do wzrostu zainteresowania naszym krajem ze strony cudzoziemców. - To będzie dla nich sygnał, że są w Polsce mile widziani - tłumaczy Szukalski. Justyna Frelak, kierownik programu ds. migracji i polityki wschodniej Instytutu Spraw Publicznych, tłumaczy, że sytuacja ta poprawiłaby się znacznie, gdyby utworzono w Polsce programy integracyjnych dla obcokrajowców. Wprawdzie bardzo w ostatnim czasie uproszczono procedury otrzymania zezwolenia na pracę sezonową, ale nikt tak naprawdę nie interesuje się tym, jak żyje się w Polsce cudzoziemcom. - W innych krajach imigrant zaraz po przyjeździe idzie do wyspecjalizowanego urzędu, w którym dostaje pakiet informacji o swoich prawach, instrukcję, jak korzystać z opieki lekarskiej, gdzie zapisać dziecko do szkoły. U nas to nie działa - opowiada Justyna Frelak. I dodaje, że UE wielokrotnie zwracała uwagę w swoich raportach, że Polska w stosunku do imigrantów realizuje program minimum. Zdaniem ekspertów, jeśli je wprowadzimy, a dodatkowo zalegalizujemy pobyt nielegalnych imigrantów, będzie to zbawienne dla rynku pracy i systemu emerytalnego.




Nielegalni celem przestępców


Leszek Szymowski


Uporządkowanie statusu nielegalnych imigrantów to szansa na opanowanie przestępczości cudzoziemców. Oficjalnie popełniają oni około 2,5 tysiąca przestępstw rocznie, ale prawdziwa liczba nie jest znana.

- Cudzoziemscy przestępcy najczęściej liczą na to, że ich rodacy będą się bali współpracować z policją w Polsce i dlatego nie poskarżą się - mówi podinspektor Sebastian Michalkiewicz, naczelnik warszawskiego zarządu CBŚ.

Polskiej policji zgłaszane są głównie pospolite przestępstwa kryminalne: wymuszenia rozbójnicze, uprowadzenia i pobicia. Ich sprawcami są głównie obywatele krajów byłej demokracji ludowej i Azji Wschodniej. Z kolei obywatele państw zachodnich najczęściej popełniają przestępstwa drogowe.

Policyjne statystyki wskazują, że najszybciej wzrasta przestępczość obywateli państw byłej WNP. Tylko w zeszłym roku zarzuty usłyszało 169 Rosjan, 398 Ukraińców i 206 Białorusinów. Najczęściej zatrzymują ich funkcjonariusze Straży Granicznej za przemyt przez granicę alkoholu, papierosów lub markowych perfum.

Najczęściej są to mieszkańcy ubogich rejonów przygranicznych, dla których przemyt stanowi jedyne źródło dochodów.

Do niedawna wśród przestępców zza wschodniej granicy popularny był tzw. rekiet, czyli wymuszanie haraczy od kierowców tirów, autobusów oraz drobnych handlarzy.

Obywatele państw byłej WNP zasilają zorganizowane grupy przestępcze. Przykładem może być Ukrainiec Jurij K. zatrzymany w 2008 roku na Mazowszu. Ten były żołnierz specnazu był ochroniarzem jednego z szefów gangu. Na polecenie swoich szefów ściągał długi i wymuszał haracze. Słynął z brutalności, opornym często łamał ręce i nogi. W jego zatrzymaniu brało udział 12 antyterrorystów.

- Białorusini i Ukraińcy wykazują się ogromną bezwzględnością - zauważa Zbigniew Wróblewski, emerytowany funkcjonariusz CBŚ, dziś pracownik firmy ochroniarskiej. - Z reguły są specjalistami od mokrej roboty i są wynajmowani np. do zabójstw czy pobić.

Przestępcy zza wschodniej granicy są zawsze lojalni. Nigdy nie chcą współpracować z policją, nawet za cenę złagodzenia wyroku czy uzyskania statusu świadka koronnego.

Z kolei mafie z Dalekiego Wschodu opanowały nielegalny handel tekstyliami i pirackimi płytami CD. Tutaj mechanizm jest inny: Wietnamczycy z ubogich rejonów swojego kraju przemycają do Polski tanią odzież. Ich szefowie sprzedają przemycony towar Wietnamczykom, którzy handlują nią na bazarach. Ci handlarze raz na tydzień muszą płacić haracz. Jest to równowartość 100-150 dol. Policjanci szacują, że sprzedaż przemycanego towaru i haracze od handlarzy to dla wietnamskich gangów zysk około miliona dolarów tygodniowo.

Szefom wietnamskich gangów sprzyja to, że handlarze z ich kraju przebywają w Polsce nielegalnie, więc nie mogą się poskarżyć policji.

- Walka z przestępczością cudzoziemców rzeczywiście jest w Polsce trudna z powodu braku tradycji i zaplecza logistycznego - mówi Krzysztof Janik, minister spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Leszka Millera. - Brakuje przede wszystkim wykwalifikowanych tłumaczy, psychologów policyjnych, mało jest komórek monitorujących przestępczość cudzoziemców. Nadrobienie tych braków zajmie dużo czasu.

Wiadomości

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!